W co grać? Zobacz w co grają inni. Poznaj świat gier. Przeczytaj recenzje gier i opisy gier. Obejrzyj zapowiedzi gier oraz video recenzje gier. Na tej stronie znajdziesz: swiat gier, opisy gier, gry recenzje, gra recenzja, recenzje gier pc, gry zapowiedzi, zapowiedzi gier pc, strony gier, strona gier, w co grac, w co graja inni, serwis o grach.
Zobacz nową wersję tej strony na gametank.pl
Witam,
Cała zawartość tego bloga została przeniesiona na adres: gametank.pl.
Wszystkie nowe artykuły publikowane będą na nowej stronie.
Serdecznie zapraszam do odwiedzin!
Proponuje także zapoznać się z możliwościami współpracy przy tworzeniu nowego serwisu.
Więcej po linkiem: współpraca
Pozdrawiam
Autor :)
>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!
Najnowsze recenzje gier
3d Vision od Nvidii już conajmniej od pół roku można kupić w Polsce, cena w okolicach 6 stów wydaje się całkiem przystępna. Jeśli jednak doliczymy do tego nowy 120 Hz monitor, nowego Windowsa (jak ktoś tak jak ja używa XP), kartę graficzną (jeśli nie ma się nowego GeForce'a) nagle z 6 stówek robi się conajmniej 20 stówek, a to już zupełnie inna rozmowa. Na szczęście dobroduszna firma Sparkle pomyślała o nas - ubogich krewnych z Polski i za jedyne 220 PLN można cieszyć się efektem 3d na własnym kompie.
Pamiętacie kosmiczne okulary z dwukolorowymi szkłami, za pomocą których 15 lat temu można było oglądać "trójwymiarowe coś" emitowane przez TVP? Takie właśnie kosmiczne pingle firma Sparkle wspaniałomyślnie dorzuca do swojego demona szybkości opartego o architekturę GT 220 i to całkiem darmo! Szok!
Tak na poważnie, to pomysł odgrzania kotleta pod tytułem stereoskopia jest bardzo interesujący. Nie potrzeba nowego monitora, a całe oprogramowanie dostajemy na płycie. 3d Vision Discover - choć nie powala jakością, ani nowoczesnością jest po prostu fajnym dodatkiem do karty graficznej i na pewno znajdzie wielu amatorów. Ciekawe tylko czy nasz dobroczyńca Sparkle dołacza do karty duże pudeło Ibupromu MAX, bo może się przydać.
>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!
W co grać?
Wyśpiewana niegdyś przez Riedla stara prawda, że „...w życiu piękne są
tylko chwile”, po raz kolejny się potwierdza. Po krótkim, lecz
burzliwym zachwycie nad grą Avatar (link) przyszedł czas na chłodna i
pozbawioną emocji ocenę.
Jeszcze w dniu premiery tj. 04 grudnia
pobiegłem do sklepu i rozpocząłem swoją wyprawę na Pandorę. Do tamtego
momentu byłem głuchy na płynące z rożnych storn krytyczne głosy na
temat gry. Dziś kiedy skończyłem Avatar muszę z przykrością przyznać,
że Avatar to gra, ale pozorów. Praktycznie każdy element gry pozornie
wydaje się niezły, ale jak go tylko dotknąć opada niewidzialna zasłona
i poznajemy prawdzie oblicze nowej produkcji Ubisoftu.
Pozornie otwarty świat
Świat planety Pandora to ewidentnie najsilniejszy z elementów Avatara.
Bajeczna roślinność, egzotyczne i niebezpieczne stwory - słowem inna
planeta. Warto zauważyć, że w grze użyto ten sam silnik graficzny co w
Far Cry 2 i nadał się on świetnie do pokazania dżunglopodobnej
powierzchni Pandory. W trakcie gry mamy do dyspozycji spory obszar,
jednak jest on dość mocno ograniczony tak, że poruszać możemy się tylko
ściśle wyznaczonymi ścieżkami. Nie jest to ograniczenie rażące, ale
często przeszkadza.
Pozorne elementy RPG
Autorzy gry
chwalili sie przed premiera, że Avatar będzie zawierał elementy
dialogowe rodem z RPG. Kolejny czekoladowy pozór, który okazuje się
tylko wodą z cukrem. W trakcie gry nasz bohater spotyka szereg postaci,
z którymi może porozmawiać. W praktyce sprowadza się to jedynie to
wysłuchania co maja nam do zakomunikowania i wykonania i "niezwykle
wyszukanych" rozkazów. Śmieszny jest fakt, że każdy z NPC stoi jak
przysłowiowy kołek - można mieć wrażenie, że cały świat stoi w miejscu
w oczekiwaniu na pojawienie się gracza.
Pozornie fajny system rozwoju postaci
Podczas wykonywania zadań otrzymujemy znane z RPGów punkty
doświadczenia, kiedy uzbieramy ich odpowiednią ilość odblokowujemy
kolejne umiejętności czy bronie. Problem w tym, że ilość punktów jest
źle (być może celowo) dobrana. Za wykonane misje dostajemy tak dużą
ilość punktów, że niweluje ona nasze własne ciężko zdobyte punkty.
Innymi słowy przechodzenie na kolejne poziomy odbywa się jedynie w rytm
scenariusza gry. Niezależnie od naszych poczynań na "foncie" i tak w
końcu dostaniemy najlepsze skille, uzbrojenie i zbroję. Tak na
marginesie to system punktów doświadczenia ma tak naprawdę sens jedynie
wtedy, gdy w grze mamy zadania poboczne, które pozwalają na
podrasowanie naszej postacie. W Avatarze nie ma zadań pobocznych i cały
ten system XP jest bezwartościowy.
Pozory scenariusza
Co
tu dużo pisać, scenariusz jest sztampowy i nudny jak to tylko było
możliwe. A to trzeba zniszczyć jakąś wieżę, a to poszukać rośliny na
lekarstwo albo unieszkodliwiając buldożery - wszystko to jakby bez
całościowego kontekstu. Zadania są całkowicie bez polotu a, dialogi na
poziomie rozmowy na czacie dla nastolatków.
Podsumowując:
Momentami gra się całkiem przyjemnie, niestety tych momentów nie ma
wiele, a większość czasu w grze realizujemy nudne i banalne zadania
zręcznościowe.
Najsmutniejsze jest jednak to, że gra ma kosmiczny
potencjał, który pewnie z braku czasu nie został wykorzystany.
Przypuszczam, że Ubisoft chcą zdarzyć z premiera gry przed premiera
filmu musiał zrezygnować lub uprościć wiele elementów gry.
Jeśli więc nie jesteś fanem twórczości Cameron oraz klimatów rodem z Far Cry przy Avatarze zanudzisz sie na śmierć!
Pozostaje mieć tylko nadzieję, że film Camerona sprosta oczekiwaniom. Oto trailer, polska premiera już 25 grudnia.
>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!
Jeśli chodzi o Avatara to chyba nie jestem obiektywny. Przede wszystkim
dlatego, że od co najmniej roku czekam na niego z objawami malarii,
febry i cholery - mówiąc krótko telepie mnie na jakiekolwiek info na
temat filmu lub gry firmowanej przez Jamesa Camerona. No i się
doczekałem! Właśnie przeszedłem demo Avatara (to ściągnięcia tutaj),
premiera gry już w ten weekend, a filmu coś w okolicach świąt.
Jeszcze półtora godziny temu bałem się że gra może być przekombinowana,
skupiająca się na awangardowym świecie a przez co niegrywanla. Jednak
po tej krótkiej demo-rozgrzewce objawy egzotycznych chorób (z
telepaniem włącznie) nasiliły do tego stopnia, że wszystkie moje obawy
rozsypały się jak domek z kart. Avatar jest zajebisty. Ma wszystko
czego oczekiwałby od dobrej gry: oszałamiająca grafika, dobra
optymalizacja, przejrzysty gameplay i niezwykły świat gry. O fabule na
razie trudno coś powiedzieć, ale kupuję ją w ciemno! Zapowiada się
wspaniała wyprawa na odległą Pandorę.
Tagi: avatar, james cameron
skomentuj (2)>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!
Gry komputerowe
Na początek wyobraźcie
sobie, że za pomocą ruchów swojej głowy kierujecie ruchami głowy
postaci w grze – rozglądacie się dookoła, wychylacie się zza winkla,
przybliżacie się lub oddalacie od przedmiotów w grze. Wyobraźcie sobie,
że w wyścigach podczas wyprzedzania patrząc w prawo w bocznej szybie
widzicie mijanego oponenta. Good news jest taki: nie musicie sobie tego
wyobrażać, wszystko to możecie mieć na swoim PC, jedyne czego
potrzebujecie to trochę czasu i chęci albo 700 PLN ;)
Śledzenie ruchów głowy, immersja (czyli zanurzenie się w świat gry) to
ostatnio bardzo popularne tematy. Wszyscy producenci konsoli na czele z
Microsoftem i jego projektem Natal biorą się za bary alternatywnymi
sposobami interakcji użytkownika z grami.
Także rynek PC ma własne
rozwiązanie w zakresie śledzenie ruchów głowy i wykorzystania ich do
sterowania postacią w grze. TrackIR firmy NaturalPoint to w tej chwili dominujące
rozwiązanie do śledzenia ruchów głowy na PC – wykorzystywane
szczególnie w symulatorach lotu. TrackIR jest do kupienia w Polsce,
jednak cena jest wysoka: około 700 PLN.
Wyszedłem z założenia, że
nim wydam 7 stów na gadżet, który po miesiącu być może będzie kurzył
sie na półce, warto było by go wypróbować. Postanowiłem więc samemu
zrobić zestaw do headtracking’u, wykorzystując opensource’owe
oprogramowanie FreeTrack.
Efekt,
który udało mi się osiągnąć przerósł moje oczekiwania. Oto przykład,
który może i Was zmobilizuje do zrobienie swojego zestawu FreeTrack.
Do roboty, czyli jak się do tego zabrać?
W
sumie zasada działanie FreeTracker jest prosta: Do głowy przytwierdzamy
diody, których ruchy śledzone są poprzez kamerę i przekazywane do
oprogramowania, które na wyjściu produkuje dane rozpoznawalne przez
grę.
Cały zestaw składa się z 3 podstawowych elementów: kamery na
podczerwień, stelaża z trzeba diodami mocowanego do słuchawek oraz
odpowiedniego oprogramowania.
1. Kamera na podczerwień.
Dowolną kamerę internetową należy tak zmodyfikować aby "widziała"
tylko promieniowanie podczerwone. Zasadniczo należy zrobić dwie rzeczy:
usunąć filtr promieniowanie IR, oraz założyć filtr promieniowanie
widzialnego.

Usuniecie
filtru zależnie do typu kamery może być zadaniem trudnym – szczególnie,
aby nie uszkodzić pozostałej optyki kamery. Filtr (mała szklana płytka)
była przyklejona do obudowy i trzeba było ją dość brutalnie usunąć
(użyłem kamery Logitech’a).

Uwaga - po usunięciu filtru, kamera nie nadaje sie do normalnego
wykorzystania. Obraz przez nią wyświetlany jest "co najmniej dziwny" -
człowiek wygląda jak albinos.
Założenie filtra promieniowanie
widzialnego jest bardzo proste. Wystarczy obiektyw kamery przykryć mały
krążkiem wyciętym ze starej dyskietki lub kliszy fotograficznej.
Tak przygotowana kamera „widzi” jedynie promieniowanie podczerwone i
można używać jej do head-tracking’u nawet w świetle dziennym.
2. Stelaż z 3 diodami na podczerwień montowany na słuchawkach
Głównym wymaganiem, które musimy wypełnić konstruując stelaż to jego
odpowiednie wymiary (diody muszą być umieszczone względem siebie w
ściśle określonych odległości). Na stornie FreeTrack’a
znajdziecie wiele przykładów konstrukcji, które mogą być inspiracja
stworzenie czegoś własnego.
Kolejnym istotnym elementem, który
powinniśmy wziąć pod uwagę to odpowiednie diody. Powinny być dość mocne
(prąd 100 mA) oraz mieć szeroki kąt świecenia (im większy tym lepiej).
Innymi słowy dioda powinna świecić tak samo na boki jak na wprost. Ma
to duże znaczenie, ponieważ podczas śledzenia ruchów głowy na boki może
sie okazać światło dawne przez diodę jest niewystarczające, przez co
śledzenie nie będzie możliwe.

Diody zostały podłączone równolegle do 3 Voltowego źródła napięcie
(dodatków aby ograniczyć prąd trzeba dodać po jednym oporniku na każdą
diodę). Na stronie FreeTrack można znaleźć przydatny kalkulator, który
pozwoli wyznaczyć wielkość opornika.
Całość dobrze jest polutować, jednak da się wykonać cały układ po prostu skręcając kable ze sobą.
Do zamocowania stelaż na słuchawkach użyłem po prostu gumy z małą podkładka z gąbki aby wypoziomować stelaż.

Ostatecznie jeśli wszystko uda sie połączyć możemy przetestować nasz zestaw. Na kamerze powinniśmy widzieć tylko nasze 3 diody.

3. Oprogramowanie Freetrack.
Soft
jest wykonany bardzo profesjonalnie, obecna wersja działa
bezproblemowo, posiada duże możliwości konfiguracyjne i mimo wszytko
jest bardzo łatwa w użyciu.
Jeśli chodzi o konfiguracje to
najważniejsze jest odpowiednie ustawieni progu, oraz krzywych za
pomocą, który ruchy naszej głowy przekładane są na ruchy w komputerze.
Oczywiście nie jest to odwzorowanie liniowe, dzięki czemu aby spojrzeć
w lewo o 90 stopni wystarczy niewielki ruch głowy w lewo, tak aby
monitor pozostawał w zasięgu wzrok. Wszystko jest dobrze opisane w
handbook'u.
W kolejnych artykułach opiszę moje wrażenia z gier, które (nie bez
trudności) udało mi się zmusić do współpracy z FreeTrackiem.
Jeśli
ktoś miałby jakiekolwiek pytania co do Freetracka – piszcie w
komentarzach do artykułu – chętnie podzielę się tym co udało mi się
dowiedzieć.
Tagi: freetrack, headtracking
skomentuj (1)>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!
Zobacz w co grają inni
O grze Dragon Age Początek, wiem tyle ile trzeba:
Twórcą gry jest Bioware (ci od Mass Effect)
Będzie to RPG, przez media i twórców okrzyknięty następcą Baldurs Gate'a
Premiera gry na PC odbędzie się już w ten weekend - 6 listopada.
Ale kim jest Morrigan dowiedziałem się wczoraj. To czarownica z Dragon
Age, z która główny bohater gry może mieć romans. Czarownice już dawno
przestały być szpetne, z garbatym nosem i rechoczącym śmiechem.
![]()
Wręcz przeciwnie czarownice, odwrotnie niż wmawiano nam od przedszkola
stają się coraz bardziej sexy. Szok. Szczególnie, kiedy stają się
elementem marketingowej machiny - oto Dorota Gardias jako Morrigan.

Więcej o samej grze znajdziecie tutaj.
Tagi: dragon age początek
skomentuj (2)>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!
Tekst odnosi sie do zapoczątkowanej na gamecorner.pl dyskusji na temat sceny masakry cywili w MW2. Tekst jak i wspomnianą scenę znajdziecie pod tym linkiem.
Czy
gry to sztuka? Odpowiedz nie jest jednoznaczna - gry mogą być sztuka,
ale nie wszystkie nią są. Wielu "tradycyjnych" artystów szokuje przez
kontrast, brutalność, obrazoburczość, ale nie robi tego dla pieniędzy,
bardziej w twórczym amoku. Porównanie gry MW2 do sztuki to lekka
przesada. Wprowadzenie sceny masakry na lotnisku to cyniczna i
wyrachowana decyzja grupy ludzi, a nie przejaw artystycznej wizji.
Jest kilka tytułów, które można za przejaw sztuki uznać. Zeno Clash,
Path, Tension (szerzej o tych grach tutaj), ale na pewno
nie MW2.
Odnosząc sie do tekstu Jakuba
to faktycznie wyrokowanie jedynie na podstawie, fragmentu rozgrywki, to
lekkie nadużycie. Jednak kontekst sceny z lotniska możemy odszukać sami
poprzez analogie do pierwszej części gry. Jest tam podobna,
kontrowersyjna i mocna scena, w której gracz jest skazańcem, który
chwile później zostaje rozstrzelany. Scena okropna i mówiąc szczerze,
kiedy grałem musiałem na chwile zdjąć słuchawki żeby ochłonąć.
Jestem dojrzałym człowiekiem, ale pamiętam, że czułem sie wstrząśnięty.
Zastanawiam się jak odebrał taka scenę 16 letni chłopaczek.
Przypuszczam, ze większość młodych graczy po prostu przeszła nad nią do
porządku dziennego (z serii "Ja pier....le, ale go zajeb...), jednak
dla bardziej wrażliwych mógłby to być swoisty gwałt na psychice.
Czy tamta scena miała jakiś cel? Tak autorzy chcieli wywołać w graczu
strach oraz chęć zemsty na oprawcach, tak aby potem w dalszej części
gry mordowanie przeciwników przychodziło łatwiej bez skrupułów, w
naturalny sposób.
Wydaje sie ze podobny rolę w nowej odsłonie
Modern Warfare ma odegrać masakra na lotnisku (co z reszta potwierdzają
cytowane wypowiedzi twórców gry). Tu znów dochodzimy do pytania: jakim
kosztem? W pierwszym części MW nasze działanie było pasywne, byliśmy
wcieli w ofiarę. W drugiej części jesteśmy katami i to my działamy, to
my naciskamy spust.
Jeśli scena z pierwszej części była
gwałtem na psychice to scena z drugiej części jest psychicznym
samogwałtem. Twórcy gry w cytowanej wypowiedzi mówią o możliwości
opuszczenia tej sceny, hmm... ciekawe ilu, szczególnie nastoletnich
graczy, z własnej woli opuści fragment gry - to tak jak by położyć nas
stole magazyn z gołymi babami i nakleić na nim żółta karteczkę:
Obejrzyj magazyn, ale jak nie chcesz możesz go nie oglądać. Farsa!
Podsumowując: w zapoczątkowanej na gamecorner.pl
dyskusji zdecydowanie jest po stronie Jakuba "Cubitussa". Gra
ewidentnie przekracza normy moralne i nie robi tego absolutni w
konwencji artystycznej prowokacji, ale w konwencji jedynki i ośmiu zer
na koncie. Na koniec proponuje obejrzeć filmik z rozgrywki w CS, jak
dla mnie pokazuje on świetnie jak brutalne gry mogą być odbierane: link do video.
Tagi: dyskusja, modern warfare 2
skomentuj (4)>> Oceń ten artykuł! To tylko klik. Dzięki!